„Całe życie stara się pomagać” [WYWIAD]

Przez 40 lat jeździła karetką jako felczer, kolejne lata spędziła jako wolontariuszka w naszym hospicjum. Całe życie stara się pomagać innym – Maria Dorota Dżoń, znana bardziej jako Pani Dorotka. Mimo,że przekroczyła osiemdziesiąt lat nadal ma siłę i energie, którą przekazuje innym.

Jak rozpoczęła się Pani przygoda z Hospicjum?

Prowadząc Poradnie Rodzinną  przy kościele Św. Józefa w Świdnicy, dowiedziałam się o powstaniu hospicjum, które zakładał zespół ludzi między innymi Jadwiga Bałtakis i lekarz Ewa Kilar przy Porani Onkologicznej. Całe życie pracowałam w Pogotowiu Ratunkowym, po przejściu na emeryturę zaczęło mi brakować kontaktu z chorymi. Podjęłam decyzję o zostaniu wolontariuszką w istniejącym już wówczas Hospicjum.

W ile osób rozpoczynaliście działalność? 

Było nas bardzo mało. Był lekarz, jedna pielęgniarka, duszpasterz, Pani prezes Wodzińska i ktoś kto przyjmował w biurze. W momencie gdy Pani Bogusia, która na co dzień przyjmowała pacjentów z jakiegoś powodu była nieobecna             w biurze to najczęściej ja zajmowałam jej miejsce. Wtedy zajmowałam się wydawaniem sprzętu, rozmową.             z pacjentami lub członkami ich rodzin. Na co dzień jednak wraz z pielęgniarką chodziłam do domów, zdarzało się, że telefon dzwonił w środku nocy, bo ktoś potrzebował pomoc. 

Co jest najważniejsze w pracy wolontariusza?

W mojej pracy wolontaryjnej najważniejsze jest to, żeby chory wiedział, że  przychodzę  pomóc. Radością dla mnie był uśmiech chorego, wesoły wzrok, niekiedy tylko ledwo wyczuwalny uścisk dłoni chorego. 

Czy praca wolontariusza to może być tylko praca?

Wydaje mi się, że nie. To powinno być powołanie. W osobie , która rozpoczyna pracę w hospicjum musi byś wrażliwe serce dla chorego, powinna być jak samarytanin, aby ulżyć choremu w cierpieniu. 

Jak wyglądały wizyty u pacjentów?

W składzie , który jechał do pacjenta zawsze była pielęgniarka i wolontariusz. Pielęgniarka przeprowadzała wywiad i  przekazywała informację lekarzowi o stanie chorego. Wolontariusz wykonywał proste czynności związane z pielęgnacją.

Dlaczego zdecydowała się Pani działać dla Hospicjum? 

To jest potrzeba serca, po prostu jeżeli mogę coś z siebie dać, a moim wieku wiele już nie mogę to chociaż być        z nimi. W opiece nad pacjentami najważniejsze jest ciepło. Nie chce, żeby chory  czuł u mnie zdenerwowanie          i  taki musu, że ja z nim jestem. Nie chce, aby myślał, że ja jestem u niego, bo to mój obowiązek. Po prostu on ma czuć, że jestem, ponieważ chcę być. Jakiś czas temu byłam u takiego chłopaka, nie jest to starsza osoba, ale ciężko chora. Leży w łóżku i nie może się ruszać. Byłam z nim, trochę pomasowałam, poklepałam po plecach, żeby krążenie było lepsze. Robiłam takie normalne czynności, które są w mojej naturze, że tak powiem. Po jakimś czasie ta pani, co się nim opiekuje na co dzień powiedziała mi, że nie wie co zrobiłam, ale Pan Tadeusz jest dużo bardziej spokojny niż przed moim przyjściem i…wydaje mi się, że o tu właśnie chodzi, żeby pomóc tym pacjentom tak psychicznie na tyle ile możemy. 

Kogo Pani zdaniem ciężej przyzwyczaić się do choroby: rodzinie czy choremu? 

Zdecydowanie rodzinie. Chory boi się powiedzieć czy pokazać rodzinie, że odchodzi. Chce być silny i stara się często zachowywać jakby nic się nie zmieniło. Natomiast rodzina obawia się rozmów z chorym o jego stanie zdrowia i tu jest rola wolontariusza. Jego zadaniem jest nauczyć rozmawiać o chorobie oraz pokazać rodzinie,     że najważniejsze jest to, aby była wsparciem dla tego chorego. Uczyłam rodziny, aby uważały na to co się mówi. Często domownicy sądzą, że gdy pacjent jest nieprzytomny to nie słyszy, ale my tego nie wiemy. Mam taki przykład, w czasach gdy pracowałam w pogotowiu nie można było od razu przywozić pacjenta z wylewem do szpitala, tylko przez 24h musiał leżeć w domu. Pewnego dnia przywiozłam do szpitala pacjentkę, która była sama – nie miała nikogo, mieszkała na 4 piętrze i nie miałaby szans sama dotrzeć do szpitala. Z tych powodów postanowiłam, że nie mogę jej zostawić. Zabrałam ją do szpitala, po wejściu na izbę lekarz tylko spojrzał                  i powiedział: „Co Pani mi tu trupa przywozi?” – w tym momencie spojrzałam na pacjentkę, a jej po policzkach spływały łzy, więc doskonale wiedziałam, że ona to wszystko słyszy. Szybko odpowiedziałam lekarzowi, że nawet jeżeli pacjentka jest w ciężkim stanie to przywożę ją, aby mogła godnie umrzeć. Nie zwracając już więcej na niego uwagi, podeszłam do chorej i zaczęłam ją przytulać, mówić, że wszystko jest dobrze – po prostu chciałam ratować jakąś tą sytuacje. Dlatego zawsze mówiłam członkom rodziny, że jeżeli pacjent nie reaguje to nie znaczy, że nie słyszy, a oni muszą mu okazywać ciepło i wsparcie. 

Czy pacjenci potrzebują Hospicjum? 

Wie Pan…dobrze, że są takie instytucje jak nasze hospicjum. Dla tych ludzi najważniejsze jest to, aby ktoś przy nich był, ktoś kto jest nastawiony pozytywnie do chorego, bo jemu nie jest potrzebna osoba, która mu będzie dokładać zmartwień. Tu nie chodzi o to, aby zapewniać pacjenta, że nie umrze – wręcz przeciwnie nam chodzi o godne umieranie, o zniwelowanie bólu, o to aby ten człowiek nie czuł się odseparowany od ludzi tylko mógł w miarę normalnie żyć. 

Prócz towarzystwa, co jeszcze pomaga choremu?

Wiara. W hospicjum mamy osoby zarówno wierzące, jak i nie. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że śmierć tych pierwszych jest o wiele lżejsza. Umieranie ludzi nie wierzących jest bardzo ciężkie, ponieważ nie wiedzą,               że istnieje życie pozagrobowe – nie wieżą w zmartwychwstanie. Uważają, że jest tylko to co tu i teraz, a gdy to się skończy nie ma już nic więcej.

A co najtrudniejszego jest w tym ostatnim stadium choroby? 

Wydaje mi się, że pogodzenie się z tym, że się odchodzi. Oprócz tego ból…lekarze  i pielęgniarki starają się go niwelować, ale wiadomo, że nie da się całkiem tego zrobić. W tym pomaga także rozwój medycyny. Kiedyś były zastrzyki, a dzisiaj są plastry. Niestety przy niektórych rodzajach nowotworu ból bardzo ciężko opanować. W mojej pracy najważniejsza jest obecność przy pacjencie w trudnych dla niego chwilach. 

Czy teraz praca wolontariusza się zmieniła? 

Z pewnością jest trochę łatwiej niż było, gdy ja zaczynałam. Początki były bardzo trudne, ale wdzięczność pacjentów i ich rodzin to wszystko wynagradza. Ja przez te wszystkie lata byłam w wielu domach, ale do tej pory gdy na ulicy spotkam kogoś z tych rodzin, u których byłam jestem witana jak ktoś bliski. To bardzo miłe,          choć nigdy na to nie liczyłam.

Skoro już mówimy o tym jak było na początku, to czy Hospicjum powstało bo było takie zapotrzebowanie w Świdnicy? 

Na takie miejsca zawsze będzie zapotrzebowanie. Świdnica to tak duży obszar, że powinno być jak najwięcej takich miejsc. Nawet niekoniecznie muszą się one zajmować tak trudnymi sprawami jak choroby nowotworowe, ale powinno być miejsce gdzie ludzie, którzy nie mają żadnej opieki, a czasem nawet dachu nad głową mogą przyjść i dostać ciepłą herbatę, koc czy cokolwiek innego. 

Co poradzi Pani osobom, które aktualnie są lub chcą być wolontariuszami hospicjum? 

Przede wszystkim taka osoba musi mieć w sobie chęć pomocy drugiemu człowiekowi. To nie powinna być osoba pobudzona, taka rozkrzyczana, raczej spokojna – ważne jest, aby była wyciszona wewnętrznie, bo to daje możliwość dotarcia do chorego. 

Rozmawiał: Artur Ciachowski

Zdjęcie: Artur Ciachowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *